|
wtorek, 19 października 2010
Gdzieś przeczytałem, że w dzisiejszych czasach ludzie znacznie więcej piszą, niż czytają (oczywiście tego co sami piszą, też nie czytają) – i stąd popularność blogów. Cóż, może to i racja, ale po przeczytaniu działów publicystycznych internetowych wydań kilku największych dzienników z ostatnich kilku dni dojść można do smutnego wniosku, iż ludzie nie czytają, bo nie ma niczego sensownego do czytania. Przynajmniej w prasie. W „Gazecie Wyborczej” redaktor Katarzyna Wiśniewska od kilku dni tłumaczy nam, jak powinien myśleć postępowy katolik. W szczególności w tekście z 18 października pada znamienne zdanie: „Żaden biskup nie jest od wystawiania glejtu przynależności do Kościoła”. Niewątpliwie glejtem takim dysponuje „Gazeta Wyborcza”, a redaktor Wiśniewska w szczególności. Co zabawne, kiedy to „Obrońcy Krzyża” wydawali wrogie kościołowi instytucjonalnemu pomruki, wyzywali księży od ubeków i odstawiali swoją szopkę pod Pałacem w Warszawie, „GW” z oburzeniem pisała o „buncie” przeciwko kościołowi i hierarchii, religijnych anarchistach, schizmatykach niemalże. Skądinąd słusznie, ale w zestawieniu z aktualnym ciągiem artykułów na temat tego, jak powinien zachowywać się kościół katolicki w Polsce i na świecie, a w szczególności co powinien sądzić na temat in vitro, można odnieść wrażenie, że oto pojawiła się nam w Polsce nowa władza duchowna. Oto nie żadni tam biskupi, ale redakcja „Gazety Wyborczej” wie, kto ekskomunice podlega („Obrońcy Krzyża”), a kto nie (posłowie, którzy głosują za in vitro). Przezabawny jest również artykuł, w którym „GW” przedrukowuje we fragmentach… wywiad swojego Ojca Założyciela i Redaktora Naczelnego. Zaczyna się od słów: „Bardzo ciekawy wywiad Adama Michnika dla Piotra Najsztuba ukazał się w poniedziałkowym wydaniu tygodnika <<Wprost>>". No spróbowalibyście napisać inaczej. I do tego jeszcze pełen oburzenia tekst o tym, że jacyś ludzie, którzy publikują się w „Naszym Dzienniku” i „Gazecie Polskiej” nie lubią Michnika. Też mi novum. Ja „Naszego Rydzyka” i „Gazety PiSowskiej” nie czytam, więc się na kontakt z takimi tekstami nie narażam. Jeśli redaktorzy „GW” nie mają nic ciekawszego do roboty, niż tylko śledzenie, kto jakie głupoty wypisuje w tzw. „prasie prawicowej”. Z „Rzeczpospolitej” z kolei… również dowiadujemy się, co napisała „Gazeta Wyborcza”. W zasadzie „GW” nie musiałbym czytać, i tak zawsze w „Rz” znajdzie się co najmniej jeden tekst, w którym ktoś (czy to Ziemkiewicz, czy to Wildstein, czy to jeszcze ktoś inny) streści co istotniejsze kawałki z „GW” i okrasi je odpowiednim komentarzem. Dziś dostało się od redaktora Zdorta już wspomnianej redaktor Wiśniewskiej; wczoraj dostało się „Wyborczej” jako całości, a Michnikowi w szczególności od arbitra elegantiarum „Rz”, redaktora Wildsteina. Trzeba przyznać, że Michnik w tym tekście (tytułowany „demiurgiem”) przedstawiony jest jako postać iście szatańska. Można podejrzewać, że redaktor Wildstein wyobraża sobie Michnika zasiadającego na tronie i zanoszącego się diabolicznym śmiechem, gdy tylko jacyś geje zawrą związek małżeński albo kolejny domniemany ubek zostanie oczyszczony z zarzutów. Z odpowiednim podkładem muzycznym na gigantycznych organach, ukradzionych z jakiegoś sprofanowanego kościoła.
W ogóle Wildstein jest moim faworytem ostatnio, od czasu swojego felietonu, w którym „wymknęło” mu się, że działacze gejowscy są jak Ernst Roehm, szef SA, co to chciał pięściami swoich brunatnych chłopaków tolerancję dla homoseksualistów wprowadzać i dopiero Noc Długich Noży położyła kres tej pedalskiej zarazie. W ramach dalszego streszczania „Wyborczej”, całe dwa felietony publicyści „Rz” poświęcili wywiadowi „facebookowego antykrzyżaka”, Dominika T., udzielonego „GW”. Cóż, w tym ostatnim przypadku wyglądało to już trochę na kopanie leżącego, bo naprawdę obśmiewanie w dużym ogólnopolskim dzienniku, który chce uchodzić za opiniotwórczy, wywiadu z człowiekiem, który wiedzę o świecie czerpie z książek Dana Browna, to trochę tak, jak zabieranie lizaka niepełnosprawnemu dziecku. W „Dzienniku Gazecie Prawnej” z kolei przepisują, co w „Naszym Dzienniku”… Nie, dość. Serio, lepiej już jakiegoś bloga napisać.
wtorek, 12 października 2010
Zamach!
Teoria spiskowa Wiele słyszymy ostatnio o „zbrodniach”, „zamachu”, „mordzie naszego Prezydenta”… Tak sobie myślę o tych wszystkich teoriach, spisku smoleńskim… oczywiście w pierwszej chwili pukam się z politowaniem w czoło. No tak, wariaci z Radia Maryja i zaślepiony nienawiścią Macierewicz. Ale powiedzmy, że odrzucamy pierwotny opór przed karkołomną hipotezą zamachu i poddajmy tę teorię logicznej (o ile tylko się da) analizie. Od dawna wiadomo, że jeżeli mamy do czynienia ze zbrodnią, to , najpierw badamy, kto na niej zyskał. Is fecit, cui prodest – „uczynił ten, komu to przyniosło korzyść”. To paremia stara jak prawo karne. Czy na katastrofie smoleńskiej zyskał Tusk i PO? Czy autorzy tak podstępnej, wręcz diabolicznej zbrodni nie przewidzieli, jakie emocje wywoła w Polsce taka katastrofa? No chyba wiedzieli, skoro są wcieleniem szatańskiego podstępu. Czy taka atmosfera sprzyja PO? Nie szczególnie - PO jest zepchnięta do defensywy, zdana na Palikota (co by o nim nie mówić, jego wzrost w sile nie sprzyja Tuskowi, bo rośnie mu agresywny i bezwzględny konkurent). O mało co nie przegrała wyborów prezydenckich, które miała w kieszeni. Wiem, ze PiS jest nieoszacowany w sondażach, ale nie łudźmy się – ś.p. Lech Kaczyński te wybory by przegrał, bo bez katastrofy nie byłoby takiej mobilizacji, do jakiej Jarosław zachęcił ludzi wzruszonych śmiercią jego brata . Podsumowując - PO nie miała żadnego interesu w organizowaniu "zamachu". Kto zatem miał taki interes? Rosjanie? Ryzykowna teza. Rosjanie nie są idiotami. Wiedza, że wszyscy będą im patrzeć na ręce, że mimo ich umiejętności odwracania kota ogonem zabicie prezydenta innego państwa (i to takiego, który jak wskazano powyżej, raczej nie ma większych szans na brużdżenie interesom Rosji, bo wkrótce prezydentem być przestanie – pomijając już fakt, że tromtadracka polityka Kaczyńskich raczej Rosji sprzyjała niż szkodziła) to dość poważna sprawa. Jeśli uda się zatuszować zabicie prezydenta Polski, to żaden inny prezydent (może poza Obamą) nie będzie mógł bezpiecznie lecieć w odwiedziny do Moskwy, bo Rosjanie zdmuchną go przy pierwszej lepszej okazji, jeśli tylko im podpadnie. Rosjanie musieliby być samobójcami politycznymi, żeby doprowadzić do tego stopnia izolacji - interesy interesami, ale nawet Angela Merkel nie poleciałaby do Putina ryzykując "katastrofę". Więc Rosjanie tez raczej nie, przynajmniej nie na szczeblu państwowym. Kto nam zostaje? A któż, prószę Państwa, na katastrofie vel zamachu zyskał? Ponownie zapytajmy – cui prodest? Która to partia, zagoniona do narożnika sceny politycznej, bez perspektyw na odbicie się od swojego „żelaznego elektoratu”, powoli popadająca w wewnętrzne spory, tak charakterystyczne dla wszystkich oblężonych twierdz na skraju upadku, potrzebowała na gwałt cudu, jakiegoś zdarzenia, które pozwoliłoby jej przejść do kontrofensywy? Który polityk potrzebował przeobrazić się z jednej z najbardziej znienawidzonych i pogardzanych osób w państwie w męża opatrznościowego, obiekt współczucia i solidarności ogromnej części narodu? Przy tym ten sam polityk znany jest z braku sentymentów w walce o władzę, skłonności do poświęcania politycznych przyjaciół i współpracowników w tej walce. Dlaczego więc nie dokonać ofiary najwyższej? Dlaczego nie poświęcić… brata? Jarosław Kaczyński doskonale orientuje się w nastrojach społecznych, jak nikt potrafi grać na resentymentach i uczuciach. On doskonale wiedział, że wydarzenie tak wstrząsające dla wszystkich, nawet osób niezbyt przyjaźnie czy wręcz wrogo nastawionych do ś.p. Lecha Kaczyńskiego i PiSu, to jego szansa na powrót do władzy. Czy zatem w imię najwyższej wartości, jaką niewątpliwie jest dla niego Polska (rozumiana w ten sposób, że to on rządzi Polską) nie byłby skłonny poświęcić życia swojego brata i 95 innych osób? Pójdźmy dalej, niewykluczone, że nawet za wiedzą i zgodą ś.p. Lecha… W końcu nie ujawniono rozmowy z telefonu satelitarnego – być może bracia po prostu się żegnali. A teraz, kiedy plan zawiódł, PiS zachowuje się jak złodziej, który zawsze najgłośniej krzyczy „łapaj złodzieja!” Stąd komisje, stąd zamęt, stąd wojna o krzyż… Bo a nuż się wyda? No i poza tym „wojnę smoleńską” uda się przeciągnąć aż do kolejnych wyborów – znów z nadzieją na zwycięstwo PiS oparte tylko i wyłącznie na legendzie „zamordowanego Prezydenta”, „męczenników spod Smoleńska”… A teraz zażenowane władze PO nie wiedzą, co z elementami takiej układanki zrobić. Bo przecież „nikt nie uwierzy” w to, żeby za zamachem mógł stać Jarosław Kaczyński – opublikowanie nagrań czy jakichkolwiek innych dowodów potwierdzających tę tezę ściągnie na Tuska i Platformę niewyobrażalną lawinę oskarżeń o fałszerstwo, wręcz potwierdzi tezę o tym, że PO maczała palce w „zamachu”. Dlatego więc PO musi biernie znosić wściekłe ataki PiSu i również modli się, by prawda nie wyszła na jaw – jednak z zupełnie innej przyczyny, niż sugeruje to PiS.
Niewiarygodne?
Czyżby?
A może? Tagi:
jarosław kaczyński
Katastrofa Katyń 2010 prezydent Kaczyński zamach Rosja Polska
Smoleńsk
zamach
14:09, isengrimus ,
Polityka
Link Komentarze (1) » Mam bloga...
W zasadzie ten demotywator ((c) by Despair, Inc. - ludzi, którym zawdzięczamy oryginalne demotywatory i ich design, a nie ten cały chłam, który aktualnie krąży po sieci) oddaje moje stanowisko w kwestii blogowania, ale że parę osób usilnie mnie ostatnio namawiało do założenia własnego podwórka, na którym mógłbym dzielić się ze wszystkimi (czyli pewnie tak z 20 osobami...) swoimi poglądami na wszystko - więc z kilkuletnim opóźnieniem otwieram taki etap mojego życia. Zobaczymy. |
Archiwum
|